W głębi kontinuum

W głębi kontinuum – w głębi macierzyństwa

Agnieszka Siołek-Cichocka KSIĄŻKI, Macierzyńskie powidoki 0 Comments

Jean Liedloff jest twórczynią koncepcji kontinuum. W swojej książce „W głębi kontinuum” dzieli się spostrzeżeniami dotyczącymi opieki nad dziećmi oraz wpływem jakości i sposobu tej opieki na rozwój psychiczny dziecka i jego późniejsze dorosłe życie. Lecz nie jest to rodzicielski poradnik o wychowaniu dzieci. To antropologiczne i filozoficzne rozważania nad ludzką kondycją i kulturą, której początki kształtują się w rodzicielskich ramionach. Bądź w ich braku.

Autorka odbyła wiele podróży do Ameryki Południowej. Podczas jednej z nich poznała plemię Indian Yequana i spędziła wśród nich kilka lat. Obserwowała, co wpływa na ich niezwykle pogodny i spokojny charakter oraz pewność siebie. Zauważyła, że ma to związek ze sposobem, w jaki Yequańczycy opiekują się dziećmi i że ten sposób różni się diametralnie od naszego zachodniego stylu wychowania. Dzieci Yequańczyków nie płaczą, nie mają kolek, bez problemów zasypiają, nie wymagają ciągłej uwagi, nie stanowią problemu dla swoich rodziców, są pewne siebie, odważne, pogodne i spokojne. Co na to wpływa?

Koncepcja kontinuum

Mały Yequańczyk przez minimum pierwszych 6-8 miesięcy jest nieustannie przy matce. Jest przez nią noszony. Na rękach. W chuście. W nosidle. Śpi z nią lub na jej ramieniu i towarzyszy jej, w miarę możliwości, w większości sytuacji dnia codziennego. Dzieje się tak do czasu, aż nasyci się jej bliskością i poczuje gotowość by poznawać świat poza obrębem jej ramion. A jeśli matka nie może w danej chwili zająć się dzieckiem, opiekę przejmuje ktoś inny z najbliższego otoczenia i ta osoba również nosi dziecko.

Koncepcja kontinuum zakłada, że matka i dziecko stanowią nierozerwalny układ połączeń i więź, która zasadza się na instynktach i intuicji. To właśnie tylko na nich matka opiera swoją opiekę nad dzieckiem. Daje się temu prowadzić. Kontinuum to coś co jest, co mamy w sobie, pierwotna mądrość, łączność z naturą. Głęboka wewnętrzna potrzeba bezpieczeństwa i bliskości, które zostały ukształtowane od zarania dziejów ludzkości i z którą rodzi się każdy z nas. Kontinuum to zapewnienie dziecku płynnego i delikatnego przejścia z jednego etapu rozwoju w drugi, od jednej umiejętności do następnej. Z matczynego brzucha w jej ręce, by słuchać bicia jej serca i chłonąć jej zapach. W kontinuum to dziecko decyduje o swojej gotowości do przejścia w kolejne fazy rozwoju i zwiększania dystansu między sobą a matką. Matka zaś wyczuwa potrzeby dziecka i adekwatnie na nie reaguje umożliwiając ich realizację. To ona dostosowuje się do potrzeby bliskości dziecka, a nie dziecko do potrzeby bliskości matki. Kontinuum to obdarzenie dziecka zaufaniem, wiarą w jego mądrość, dobroć, potrzeby i instynkty, które nim kierują.

Paradoksalnie, postępując w ten sposób, matka nie narzuca i nie poświęca dziecku zbyt wiele uwagi. Nie musi tego robić. Dziecko będąc blisko niej i obserwując jej życie, samo zaspokaja tę potrzebę. „Poświęcenie” w koncepcji kontinuum nie istnieje i jest uważane za jeden z czynników zakłócających rozwój dziecka i jego integralność. Dziecko nie chce, aby rodzic nieustannie się nad nim pochylał rezygnując ze swojego życia i z siebie. Bo co daje dziecku, nie mając siebie?

Bez bliskości ani rusz

Dzieci od momentu narodzin chcą uczestniczyć w życiu dorosłego, odczuwać go, obserwować i w ten sposób uczyć się życia. Dziecko chce mieć przy sobie pewnego siebie, niezależnego rodzica, który od początku będzie wskazywać mu drogę przy jednoczesnym zapewnieniu bliskości i poczucia bezpieczeństwa. Tak przy okazji, to również myśl przewodnia książki Jespera Juula „Rodzic jako przywódca stada”. Polecam Waszej uwadze. Wpisuje się w filozofię środka i odchodzi od poruszania się między szkodliwymi skrajnościami – od zbyt dużej koncentracji na dziecku po ignorowanie jego potrzeb.

Zaspokojenie bliskości to warunek, aby dziecko oderwało się od matki. W tym miejscu koncepcja kontinuum jest zgodna z tym, o czym pisze psycholog i psychoterapeutka Judith Viorst w książce „To, co musimy utracić”. Viorst wspomina o tym, że aby w pełni rozwijać się i realizować swój potencjał, potrzebujemy przejść łagodnie każdy etap rozwoju, począwszy od okresu niemowlęcego, i przeżyć po nim stratę. Oznacza to, że jeśli potrzeby z określonego etapu nie zostaną zaspokojone, to choć będziemy dorastać i rozwijać się na innych płaszczyznach, nie będziemy dojrzewać. Ten niezaspokojony aspekt unieruchamia i nieustannie daje o sobie znać, stanowi tamę i zaporę do pełniejszego przekraczania siebie i wykorzystywania swoich zasobów. A to dlatego, że część nas zostaje uwięziona w przeszłości i skupiona na szukaniu sposobu by zrekompensować braki, załagodzić wewnętrzną ranę i ból.

Manifestacja niezaspokojonych potrzeb u dzieci może przejawiać się trudnościami w adaptacji, absorbowaniem i oczekiwaniem ciągłej uwagi, niepokojem, płaczliwością, lękliwością, agresywnością, nieśmiałością – to tylko niektóre z nich. W życiu dorosłym brakiem pewności siebie, niską samooceną, poczuciem wyobcowania, skłonnościami depresyjnymi, uciekaniem w pracę, skłonnościami do uzależnień, potrzebą zwracania na siebie uwagi, problemami w relacjach itp. Oczywiście tego typu problemy mogą mieć i mają również inne podłoże. Jednak dziś już wiemy, że brak dostatecznej bliskości z matką, pozostawia na psychice dziecka głęboki ślad. Bez prób nadrobienia i zrekompensowania tego w kolejnych latach życia dziecka, staje się dziurą, którą trudno czymkolwiek załatać.

Dżungla, istota i kontrowersje

Wobec koncepcji kontinuum wysunięto wiele zarzutów. Jeden z nich dotyczy faktu, że autorka napisała książkę w 72′ roku, a czas, który od tego momentu upłynął nijak się ma do czasów obecnych.

Zgadzam się z tym, że czasy się zmieniły. Tym bardziej chylę czoła wobec autorki, że napisała książkę w latach, kiedy myśl o podmiotowym podejściu do dzieci raczkowała. Wielka odwaga. W historii pedagogiki istniał kawał czasu, w którym prym wiódł autorytarny styl wychowania. Nie bez powodu nazwano ten czas okresem „czarnej pedagogiki”. Niestety jej zalecania do dziś funkcjonują i zbierają swoje żniwo – mają swój wydźwięk w przemocowym i przedmiotowym traktowaniu dzieci. Trudno naprostować to, co wpajano ludziom do głów przez setki lat. Dlatego uważam, że „W głębi kontinuum” przystaje do naszych czasów bardziej niż kiedykolwiek, ponieważ stwarza przestrzeń i pole do dyskusji na temat form wychowania i opieki, które odbiegają od ludzkiego i łagodnego wprowadzania dziecka w nieznany dla niego świat.

Zastanawiam się, jak byśmy się czuli, gdyby ni z tego ni z owego wystrzelono nas na obcą planetę. Bez mapy, bez jedzenia, z dnia na dzień, ot tak. Bez możliwości powrotu. Gdzie wszystko jest obce, odległe i przerażające. I radź sobie człowieku sam. Myślę, że w jakimś sensie, choć zapewne jest to zwielokrotnione po tysiąckroć, podobnie odczuwa noworodek pozbawiony znanego, ciasnego, mokrego, ciepłego i bezpiecznego brzucha matki. Czuję, tak jak autorka, że szok przyjścia na świat jest tym większy, im mniej łagodnie zachodzi separacja od matki w stronę osobnego łóżeczka, osobnego pokoju, wózka, w ręce innych ludzi i całej gamy zachowań utrudniających adaptację oraz wiążących się z przymusem, presją i dyscypliną. Jak byśmy się czuli, gdyby to nam zafundowano taką zmianę? Część z nas pewnie gorzko by zapłakała. I tak właśnie robią dzieci, gdy są zdane tylko na dorosłych i płaczem komunikują, że coś jest nie tak.

Drugi zarzut dotyczy tego, że koncepcja kontinuum oparta jest na spostrzeżeniach autorki i nie ma oparcia w badaniach.

Współczesne badania oraz psychologia rozwojowa potwierdzają to, co zauważyła Jean Liedloff. Związek między opieką nad dzieckiem po urodzeniu a jego dalszym rozwojem jest od lat poruszany w psychologii i współczesnych nurtach pedagogicznych. Nie bez przyczyny swój rozkwit ma rodzicielstwo bliskości, któremu autorka dała swoją książką podstawy. Nie bez przyczyny zmienia się również kierunek opieki okołoporodowej w stronę zapewnienia matce i dziecku warunków na nierozłączną bliskość. Oczywiście, to nadal kropla w morzu potrzeb, ale te zmiany dzieją się i są coraz bardziej widoczne. I nikt nie wprowadza ich, bo ma taką fanaberię. Dzieje się tak dlatego, że jest to fakt potwierdzony naukowo i coraz więcej osób zdaje sobie sprawę, jak wielki ma to wpływ na dziecko, na matkę, na rodzinę i w efekcie domina na całą kulturę i społeczeństwo.

Innym zarzutem jest to, że autorka mówi, aby opierać swoje macierzyństwo na intuicji, być z dala od rodzicielskich poradników, a sama napisała książkę o rodzicielstwie. Cóż. Nasz instynkt został zwichnięty, a kręgosłup intuicji skrzywiony. To, co słyszymy w swojej głowie, często nie jest głosem intuicji. Bo na ten głos nakładają się głosy innych osób, które zakłócają pole słyszenia. Z szumu obcych przekonań, nakazów, zakazów, życzliwych wujków i ciotek dobra rada, kulturowych dogmatów, trudno wyłonić swój prawdziwy głos. Dlatego w naszej zachodniej kulturze warto, a nawet trzeba, poszerzać swoją świadomość poprzez czytanie książek, po to, aby budzić i słyszeć swój głos. Po to by naprostować swoją intuicję. To również jeden z nieodzownych elementów stawania się sobą. Trudny krok. Rodzimy się sobą, potem się siebie oduczamy, by następnie w dorosłym życiu znów szukać siebie. Więc dlaczego nie spróbować oszczędzić tego naszym dzieciom?

Oczywiście, przeniesienie wszystkich nawyków i zwyczajów w tym samym stopniu na nasz grunt wydaje mi się utopią. Nie da się zawrócić „postępu” cywilizacji. Tak, jak możliwe jest zapewnianie dziecku bliskości poprzez bycie z dzieckiem i częste noszenie np. w chuście, czy taka organizacja sypialni, aby maleństwo było blisko nas, tak z pewnością utrudnione jest to, aby dziecko chodziło z nami do pracy, za czym opowiada się autorka. Choć w niektórych miejscach i zawodach i to jest do pogodzenia. Moją wątpliwość wzbudza również pozwolenie dziecku na eksplorowanie przestrzeni bez jakiegokolwiek nadzorowania aktywności dziecka. Jasne, sporo jeszcze zależy od dziecka i jego wieku, od tego, jak zorganizujemy przestrzeń, ale myślę, że w plemiennej wiosce w dżungli stanowi to o wiele łatwiejsze wyzwanie. Serio. Uważam, że dżungla jest bezpieczniejszym miejscem dla niemowlaka niż niejedno europejskie mieszkanie. ;) Różni nas architektura, infrastruktura, stos zgromadzonych rzeczy i mebli, o które można się potknąć, przewrócić, z których można spaść itd. Wiadomo. Co nie wyklucza się ze wspieraniem instynktów samozachowawczych dziecka. O to na pewno możemy dbać bez względu na warunki. Ale tutaj znaczenie ma kultura słowa i wyrzucanie ze swoich słowników podcinaczy skrzydeł i wszelkiej maści słownych straszydeł.

Na zarzut, że autorka zestawia i porównuje kulturę zachodnią z kulturą plemienną, przytoczę słowa dr Tomasza Srebnickiego: „Pierwotne plemiona z racji braku dostępu do współczesnych głupot, skupiają się na ISTOCIE, a zatem nie biegną.” I to właśnie z tej ISTOTY warto czerpać inspirację. Jednak bez popadania w radykalizm i spostrzegania świata w kategoriach czarno-białych. Różne scenariusze układa życie i na niektóre rzeczy nie mamy wpływu. Wymagania współczesności i nakładające się na nią nasze indywidualne doświadczenia nie zawsze ułatwiają sprawę i piętrzą trudności. Dlatego uważam, że najlepsze zmiany to te, które dzieją się stopniowo, jeśli ich chcemy, dostosowując do swoich warunków i możliwości.

Przy okazji nasuwa mi się myśl, że stępienie intuicji, oduczanie się siebie to również cena, którą płacimy za „wygodę” związaną z podnoszeniem się standardu życia, rozwojem technologii itp. Ale też za wygodę niewiedzy i przymykania oczu na wiele spraw. Pytanie tylko, czy cena jest tego warta? I kiedy tak naprawdę żyje się lepiej?

W głębi macierzyństwa

Niektóre kobiety po przeczytaniu „W głębi kontinuum” wpadają w depresję. Ogarnia je żal, smutek i poczucie winy. Są wściekłe na autorkę. Moja reakcja była daleka od tego, co nie zmienia faktu, że książka mocno mną poruszyła, dotknęła moich ran i czułych miejsc. Niektóre jej fragmenty wpisują się również w moje błędy, jednak nie mam żalu do Jean Liedloff, że ją napisała. To, co czuję, należy do mnie i jest drogowskazem.

Po skończeniu książki poczułam przede wszystkim złość. Złość, którą odczuwałam na początku mojej macierzyńskiej drogi i która pojawia się we mnie do dziś. Moja złość dotyczy wchodzenia i wpychania się z brudnymi butami w nasz instynkt. Mam na myśli niewybredne komentarze, nieproszone rady, oceny, podważanie prób podążania własną rodzicielską drogą.

Macierzyństwo związane z bliskością było i jest moim naturalnym i intuicyjnym wyborem. Stylem, który wypływa z mojego serca. Tak czułam, tak chciałam i taką ścieżką idę. Lecz pomimo to było mi trudno z tym wyborem, ponieważ czułam, że otoczenie/kultura ma wobec nas inne oczekiwania. Że inni wiedzą lepiej, jak mamy postępować z naszym dzieckiem. I tutaj kłania się klasyczny repertuar wtrąceń, nieproszonych uwag i rad, które większość rodziców z pewnością dobrze zna. Repertuar, który stoi w opozycji do tworzenia się więzi między matką a dzieckiem. Nosisz go? „Teraz będziesz musiała go nosić cały czas”. Zasypia na twoim ramieniu? „Tak go nauczyłaś”. Ciągle przytulony do mamy? „Inne dzieci są już bardziej towarzyskie”. Itd. Itd. Itd. Choć potrafię spojrzeć na te słowa z empatią, choć rozumiem, skąd w ludziach się to bierze, to nie akceptuję tego i nie zgadzam się na to. W jakiej jesteśmy kondycji społecznej, skoro na bliskość matki z dzieckiem reagujemy w taki sposób?

Złości mnie to, ponieważ jest to przekraczanie granic. Złości mnie to, ponieważ takimi słowami utrwalamy szkodliwy schemat. W takich warunkach trudno słuchać intuicji. Mówiąc tak do matek, sugerujemy, że tak nie powinny, że bliskość z dzieckiem, która jest najbardziej naturalna na świecie, to błąd. Pod ciężarem takich sugestii ugina się wiele osób, schodzą ze swojej drogi i błędne koło się zamyka. Złości mnie to również dlatego, że działanie na szkodę instynktu matek jest działaniem na szkodę dziecka. Ponieważ dzieci rezonują i współodczuwają z matkami, odbierają, to co te czują i chłoną jak gąbka ich emocje, przekonania i nastroje.

Dodatkowo smuci fakt, że za słuchanie siebie, czy to w macierzyństwie czy generalnie w życiu, nadal płacimy wysoką cenę. Tą ceną nierzadko jest osamotnienie. Przychodzi mi na myśl „Biegnąca z wilkami”. Moja ukochana książka, która opowiada o utracie i odradzaniu się kobiecych instynktów, podążaniu za intuicją oraz o cenie, jaką kobiety płacą za odwagę życia na własnych zasadach. „W głębi kontinuum” i „Biegnąca z wilkami” po części snują ten sam wątek: jak kultura niszczy autentyczność i dlaczego w dzisiejszym świecie tak trudno żyć w zgodzie ze swoją naturą. Przy czym Jean Liedloff wskazuje na ten najwcześniejszy moment oduczania się siebie, mający miejsce zaraz po urodzeniu.

Wszyscy jesteśmy ofiarami tej samej cywilizacji i systemu. Nadal niezwykle łatwo wpadamy w krzywdzący ciąg powtórzeń, przekazując określony styl zachowań swoim córkom, synom, synowym, zięciom by ci z kolei przekazali ten sam model swoim dzieciom. Z tego powodu warto przerywać tę nieświadomą, bezrefleksyjną i raniącą sztafetę pokoleń.

„W głębi kontinuum” nie jest miłą lekturą. Może uwierać, boleć, wywoływać szok. Można na tę książkę wyklinać i mieć żal do autorki, że ją napisała. Ale nie powstała ona, aby wywołać u kobiet poczucie winy. Celem książki nie jest poszukiwanie winnych, lecz zrozumienie problemu i poszerzanie wiedzy. Czytanie o kulturze, w której jesteśmy zanurzeni wszyscy, o czymś co robi wielu z nas, o czymś, co spotyka większość z nas, jest trudne i uświadamianie sobie tego może boleć. Warto podejść do tej książki z otwartością i świadomością, że napisano ją z myślą, że nigdy nie jest za późno, aby wprowadzić do swojego życia i rodzicielstwa dobre zmiany.

Komu polecam? Rodzicom, przyszłym rodzicom, dziadkom, pedagogom, psychologom, położonym, lekarzom – wszystkim, którzy zawodowo lub prywatnie mają do czynienia z dziećmi. Ale też każdej osobie dorosłej, która chce lepiej zrozumieć siebie, dotrzeć do swoich korzeni, zgłębić aspekt swojego dzieciństwa, zrozumieć swoje relacje z rodzicami i nawiązać kontakt ze swoim wewnętrznym dzieckiem. Polecam absolutnie każdemu, nawet jeśli będziecie chcieli ją później podrzeć i spalić.

Czytaliście „W głębi kontinuum? Jakie są Wasze odczucia po lekturze?

AUTOR

Agnieszka Siołek-Cichocka

Facebook Google+

Pedagog. Logopeda. Twórca Dwóch Kropek. Wierzę w życie na własnych zasadach. Jestem pasjonatką psychologii, odkrywania mocnych stron, zabawy słowem i metafory. Mieszkam w Poznaniu. Tu tworzę i prowadzę swoją firmę. Prywatnie mama, żona i książkowy mol.

Dołącz do newslettera i pobierz ćwiczenie

DIAGRAM ODKRYWANIA TWOICH MOCNYCH STRON

I agree to have my personal information transfered to MailChimp ( more information )

Nie lubisz spamu? To świetnie! Bo ja nie mam na niego kompletnie czasu.